[2 miesiące później]
Finnick dochodzi do siebie, powiedział nam wszystko to co wiedział o swoim szefostwie. Nie było tego zbyt wiele, ale wystarczyło, by Cassidy znalazła jakiś ślad. Doprowadziło nas to, aż do słonecznej Kalifornii, skąd były wysyłane maile. Numerów telefonicznych nie udało nam się namierzyć, gdyż wiadomości same ulegały zniszczeniu. Nikt prócz mnie nie ufa blondynowi. Twierdzą, że Finnick może być częścią jakiegoś większego planu. Ja nie mam nic do stracenia. Niech mnie zabiją, lecz najpierw ja chcę zabić tego, kto osierocił mnie i Kyle'a.
Nigdy nie latałam samolotem, wcześniej nie było takiej potrzeby, a z resztą przerażają mnie wysokości. Dostaję ataku paniki, więc pod tym względem łatwo mnie złamać.
- Gotowa? - pyta Kyle, wychylają głowę zza drzwi.
Kiwam delikatnie głową. Cassidy i Isaac idealnie zabezpieczyli całą naszą podręczną broń, tak, by policja, ani specjalne bramki na odprawie nic nie zauważyły. We włosy wpięłam kogai, specjalną szpilę do włosów. Moja jedyna broń, jaką mam przy sobie, reszta jest w torbie i czuję się z tym źle. Nie ma żadnej taksówki, Cass i Isaac dbają o anonimowość. Tym razem prowadzi Lahey, od razu czuję się bezpieczniejsza. Mam pewność, że nie zginę w wypadku samochodowym. Wychodzimy z auta, Kyle - mistrz konwersacji i uwodzenia zarówno mężczyzn, jak i kobiet - załatwia nam bilety w pierwszej klasie za grosze, jakie trzeba zapłacić w klasie ekonomicznej. Spokojnym krokiem kierujemy się do odprawy i cierpliwie czekamy na własną kolej. Jamie wpuszcza mnie przed siebie, przechodzę przez metalową bramkę, zapala się czerwone światło. Każdy z nas zachowuje twarz pokerzysty.
- Mogę panią prosić? - czarnoskóry mężczyzna wskazuje na jakieś pomieszczenie i zaraz szybko tłumaczy - Mam obowiązek przeszukać panią.
- Ależ oczywiście. - uśmiecham się zalotnie.
No cóż, nic dodać, nic ująć, po prostu wdzięk jest u nas w rodzicie dziedziczny. Czasem potrafi być zabójczy. Dosłownie i w przenośni. Idę za nim. Otwiera drzwi i przepuszcza mnie przodem. W pomieszczeniu znajduje się drewniane biurko i krzesło ustawione na samym środku. W lewym kącie nieopodal drzwi jest ławeczka.
- Proszę się opróżnić wszystkie kieszenie i rozebrać się. - ochroniarz przełyka z trudem ślinę.
Zsuwam ze stóp brązowe sandałki na obcasie. Odpinam jeansowe spodenki i powoli je ściągam. Nadal nie tracę kontaktu wzrokowego z ochroniarzem. Zrzucam z siebie biały top, uprzednio zdejmując z głowy okulary przeciwsłoneczne i ukochany brązowy kapelusz. Zauważam, jak facet nerwowo ociera stróżki potu z czoła, kiedy bieliznę też ściągam.
- J-Ja m-muszę panią prze-prze-przeszukać... - duka. - Rę-ręce, niech, pani... Położy na biurku i rozstawi nogi.
Ciężko oddycha, a ja bez problemu i powoli wykonuję jego rozkazy. W białych gumowych rękawiczkach dokładnie mnie przeszukuje. Czuję, jak ręce mu się trzęsą. Uśmiecham się pewnie siebie. Facet mruczy pod nosem, że mogę się ubrać i już bez przechodzenia pod bramką, mam się udać dalej. Odchodzi ode mnie, ale nie wychodzi z pomieszczenia, więc odwracam się do niego przodem i zaczynam ubierać. Bez pośpiechu. Samolot nie zając, nie ucieknie. Mężczyzna czerwienił się strasznie, jakby miał zaraz eksplodować. Wzdycham i biorę swój kapelusz do ręki.
- Musimy to kiedyś powtórzyć. - mrugam do niego i wychodzę z pokoju.
Kawałek dalej stoją moi przyjaciele, więc do nich dołączam.
- I co? - pyta Cassidy.
- Bułka z masłem. - śmieję się.
- Zabiłaś go? - pyta Isaac.
- Jeszcze chwila, a sam by zszedł na zawał. Nie tknęłam go palcem. Jest cały i zdrów. - tłumaczę. - Tak sądzę...
- Chodźmy na ten samolot. - wywraca oczami Kyle.
- Zazdrościsz, bo jestem lepsza w uwodzeniu niż ty! - śmieję się i daję kuksańca bratu w ramię.
- Chciałabyś! - oburza się.
- Serio, stary. Ona jest laską. Laski zawsze uwodzą lepiej. - odzywa się Isaac, a Cassidy mrozi go wzrokiem.
Śmieję się na parę. Idę tanecznym krokiem.
- Zakład, że uwiodę tamtego dziadka? - pytam i dyskretnie wskazuję palcem na staruszka czytającego krzyżówkę.
- Wydaje się zbyt wredny. Nie dasz rady, ale niech ci będzie, chcę ci się zaśmiać w twarz jak przegrasz. Ja biorę tą babcię, która okłada torebką ochroniarza. - nakierowuje mi delikatnie palcami głowę w kierunku opisywanej przez niego osoby.
- Co ma wygrany? - pytam.
- Robienie prania jest nudne i oklepane... - burczy.
- Tak samo jak gotowanie. Nie lubię jeść zbyt dużo, a nie chcę, żebyś się nudził. - uśmiecham się przebiegle.
- Nie bądź taka pewna siebie, bo jeszcze tego pożałujesz. - śmieje się mój brat.
- Niech wygrany strzela do przegranego. - rzuca Cassidy.
- Bądź człowiekiem. - prycha Isaac.
- To jest dobre! - mówię. - Cass, jesteś genialna!
- Ej, ja chcę jeszcze mieć chłopaka, wiesz, Silver? - wtrąca się Jamie.
- Czy ty twierdzisz, James, że przegram? - pyta szorstko Kyle do swojego faceta.
- Ouch! - śmieję się. - Pojechał ci i to konkretnie. BURN!
- Niech będzie strzelanie. - brat wyciąga do mnie dłoń.
- Oczywiście, ale nie pozabijajcie się. - mówi błagalnie James.
- Podtrzymane. Jaki czas? - pytam i ściskam rękę brata.
- 27 minut do lotu. - odlicza Finnick. - Za chwilę musimy być w samolocie.
- 10 minut. - mówi Kyle.
- 5 minut. - odpowiadam.
- Stoi. - mruczy.
- Gotowi. Do startu. Start! - mówi Cassidy.
Szybkim, całkowicie naturalnym krokiem podchodzę do starszego mężczyzny.
- Dzień dobry... - uśmiecham się zalotnie, ale staruszek nie odkleja wzroku od swojej krzyżówki.
- Jak dla kogo. - burczy.
- Mógłby mi pan pomóc? - siadam blisko niego. - But mi się popsuł.
Kładę mu swoją nogę między jego i kostką ocieram o jego krocze.
- Zepsuł ci się? Hm, jaka szkoda. - wydaje się być nie wzruszony.
- Jest pan majsterkowiczem. - zauważam, mężczyzna zwraca w końcu na mnie uwagę.
- Czyżby, pani Sherlock? - patrzy na mnie znad gazety.
Przybliżam zmysłowo usta do jego ucha i szepczę.
- Wiem więcej, niż to się panu wydaje. Nie doszorował pan brudu za paznokciami i raczej nie liczyłabym na cud, że to samo zniknie. Na lewej dłoni ma pan duży siniak, co by wskazywało na uderzenie kluczem szwedzkim, prawdopodobnie cios zadała żona furiatka, podczas kłótni o jedno piwo za dużo, a pan... - mówię.
- Czego chcesz, dziewczyno? - pyta nieprzyjemnie.
- Jest pan mną oczarowany moją inteligencją, sprytem, urodą... A ja chcę, żeby naprawił mi pan bucik... - szczerzę się.
- But jest w stanie idealnym. - drapie się po łysinie.
Wyciągam z włosów kogai i przecinam pasek od buta.
- Doprawdy? - udaję zaskoczoną.
Mężczyzna uśmiecha się i naprawia mój but.
- Na prawdę jestem oczarowany tobą, dziecko. - patrzy ukradkiem na mnie.
- Serio? Przecież jestem zimnokrwistą suką bez uczuć i serca... - mruczę.
- Nie jesteś nią... - odpowiada. - Wiesz o wiele więcej, niż ci się zdaje. Wiem kim jesteś...
- Zna mnie pan? - pytam.
- Można by tak rzec. - uśmiecha się. - Gotowe. Do zobaczenia w pobliżu, dziecko.
Z gracją odchodzę, wracam do przyjaciół. Szepcę na ucho Cassidy, by szybko sprawdziła tego faceta. Po chwili wraca Kyle. Żali się, że babcia przez ten cały czas biła go torebką. Wygrałam.
- Dobra, panno idealna... - mówi Kyle. - Podbij do babci i niech przestanie lać ludzi tą marną podróbką Marca Jacobsa.
- Wporzo. - prycham i namierzam swój wzrokiem cel.
Mam już obmyślany plan. Wdech, wydech...
- Faceci to świnie. - opieram się o ścianę, obok której stoi babcia, mój płaczliwy głos zwraca na mnie jej uwagę.
- A żebyś wiedziała, złotko. - wypuszcza ze świstem powietrze. - Co się dzieje, kochanie?
Złotko? Kochanie? Oh, babciu, już cię mam!
- Widzi pani tamtego przystojniaka? - wskazuję palcem na Kyle'a. - To mój mąż.
- Ależ dziecko, ty jesteś taka młodziutka i masz już męża? - robi wielkie oczy ze zdziwienia.
- Mam iście latynoskie korzenie, jestem urodzoną romantyczką. Poślubiłam go 4 lata temu, gdy miałam 16 lat... - wzdycham.
Eeeerror. Kurde, gdybym po pierwsze primo, poślubiła Kyle'a było by to kazirodztwo, sori brother, ale nie pociągasz mnie w TEN sposób, po drugie primo, gdybym poślubiła Kyle'a 4 lata temu, miałabym 14 lat, więc oskarżyli by Kyle'a o pedofilię. Heh. Śmiesznie by wtedy było. Oh, jak bardzo pojebany jest ten świat.
- Tacy młodzi... - mówi pod nosem. - Zranił cię?
- Oh i to jak! - udaję rozpacz. - Stwierdził, że jestem bezguściem i nie podobają mu się lazurowe firanki do kuchni, które wybrałam!
- Co za facet! - tupie nogą rozwścieczona.
- W dodatku - uwaga, uwaga, będzie atak furiatki. - Powiedział mi, że przypominam mamuta w trawiastej spódniczce.
- No to już jest szczyt! - krzyczy w szale wściekłości. - Wierz, mi mam podobny problem z tym samym prykiem, co siedzi tam na ławce i rozwiązuje krzyżówki. Idziemy do twojego męża z nim pogadać!
- Por favor, nie warto z nim rozmawiać... - zatrzymuję ją. - Po prostu potrzebuję, kobiecego wsparcia, kogoś, kto by mnie objął i powie, że jest ze mną! Chicas powinny się trzymać razem, czy nie?
- Masz rację. - tuli mnie mocno. - Jesteś ponad tym dupkiem.
- Ma pani całkowitą rację. Gracias, chica. - całuję ją delikatnie w policzki i odchodzę.
Kyle i reszta grupa czekali na mnie dłuższy kawałek dalej. Wsiedliśmy do samolotu. Obok mnie zagrzał miejsce Finnick.
- I just can't stop loving you... - nuci pod nosem. - And if I stop, then tell me just what will I do... Oh I just can't stop loving you...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz