środa, 27 stycznia 2016

[5] I'm a warrior, I'm stronger than I've ever been... I'm a warrior, and you can never hurt me again...

- Nudzi mi się... - jęczy Kyle. - Może pójdziemy do klubu?
Cassidy zdejmuje z nosa okulary, swój wzrok odrywa od laptopa i patrzy jak na kosmitę na mojego brata.
- Do klubu? - pyta zbita z tropu.
- Od tygodnia nie mamy śladu i siedzimy w ukryciu. - mówi najstarszy - Powinniśmy to odstresować.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. - rzucam. - Powinniśmy obmyślić jak możemy znaleźć morderców rodziców.
- Nie myślisz racjonalnie. - odzywa się Jamie. - Może Kyle ma rację. Powinniśmy zresetować swoje inteligentne mózgi i się porządnie zabawić.
***
grafika girl, sexy, and dressUbrana w skąpą czarną sukienkę od Cassidy stoję przed lustrem i ciemno-czerwoną szminką kończę swój wyjściowy makijaż. Oczy są wyraźnie podkreślone Smoky-eye w odcieniach szarości, przechodzące w czerń. Na szyi zawisł cieniutki srebrny wisiorek z kryształowym księżycem. Kryształowy księżyc wsuwa się między piersi.
Wzdycham ciężko. Po cholerę to wszystko? Wsuwam jeden nóż kunai za gumkę majtek. Związuję włosy w niedbałego koka z tyłu głowy. Kilka kosmyków z przodu wymyka się spod gumki i swobodnie opada. Patrzę sobie w oczy. Zapomniałam pomalować rzęsy tuszem, więc szybko to robię. Teraz jestem gotowa do wyjścia, jednakże nie jestem zbyt chętna. Mam złe przeczucia, aczkolwiek, moje przeczucia zamieniają się w pewność... To źle się skończy.
 - Znajdę, zatłukę i zajebię na śmierć. Gnój zginie. Zemszczę się. Jestem Kosogłosem. - po tych słowach do własnego odbicia w lustrze podchodzę do łóżka, siadam i ze spokojem zakładam swoje czarne obcasy na platformie. Jak się w ogóle na tym chodzi? To już łatwiej chodzić na kilku-metrowych szczudłach, niż na tym...
- Silver, jesteś gotowa? - do pokoju zagląda Isaac. - Właśnie ustalamy, kto nie będzie pił na imprezie, żeby robić za kierowcę, więc raczej musisz uczestniczyć w tych obradach...
- Ustal to z Jamie'm i Kyle'm. Wątpię, żebym przeżyła ten wieczór bez choćby promila alkoholu we krwi. - mówię.
- W porządku. - ciemny blondyn wychodzi.
Nie mija chwila, a ja dołączam do nich na dole. Wszyscy chwilę na mnie patrzą, ale bez słowa udają się do samochodu. Czuję się co najmniej dziwnie.Szczególnie wtedy, gdy sadzają mnie między dwóch wielkich facetów (Kyle'a i Jamie'go) z tyłu samochodu. Droga do klubu Nemeton zajęła nam (Cassidy) jakieś 10 minut. Z tego co mówił Isaac normalnie jedzie się godzinę, bez korków i tak dalej. Równą godzinę. Mam nadzieję, że Cass nie będzie prowadzić w drodze powrotnej. Nikt pewnie tego nie przeżyje.
Dzięki temu, że Cassidy i Isaac znają ochroniarza stojącego przy wejściu, bez problemu udaje nam się dostać do środka klubu. Jest bardzo tłoczno i duszno. Śmierdzi tu alkoholem i spoconymi cielskami. Pełno tu nastolatków, burzącymi hormonami. Z tego co widzę, klub jest nieźle urządzony, aczkolwiek nie czuję się tu dobrze. Nie lubię ludzi, to mój problem.
- Mamy tu zarezerwowaną lożę. - mówi do mnie Cassidy. - Tam, możemy odpocząć od ludzi.
- Soul Mate. - burczę. - Co powiesz na to, żeby tym wszystkim ludziom poderżnąć gardła?
- Marzenie. - śmieje się dziewczyna. - Wykonalne marzenie.
Jamie przyniósł nam jakieś drinki. Dopiero po kilku mocniejszych Cassidy dała zaciągnąć się Isaacowi na parkiet. Obserwowałam jak Kyle i Jamie ocierają się o siebie wzajemnie. Zdecydowałam, że też pójdę na parkiet i też będę się o kogoś ocierać! Czemu mam tu siedzieć sama i zapijać swoje smutki? Raz się żyje! Pożyczyłam od brata Jamie'go i zaczęliśmy poruszać się w rytm muzyki. Tak faceci zaczęli mnie sobie odbijać. Nagle po jakimś czasie staję jak wryta. Przede mną stoi sam Finnick Odair... Tempo niespodziewanie zwalnia, gdy bierze mnie za rękę i przyciąga do siebie. Kładzie dłonie na moje biodra, przesuwa się jeszcze bliżej do granic możliwości. Kołyszemy się razem w rytm nowej piosenki. Nasze ciała pracują jak jedno, płynnie i spokojnie. Wciąż patrzymy sobie w oczy. Jego usta wykorzystają się w uśmiechu, wręcz szczerzy się, gdy przybliża się twarzą do mojego ucha.
- Oddychaj... - szepcze i całuje mnie za uchem.
Opiera swoją głowę na ramieniu i rzeczywiście miał rację... Nie wiem kiedy, ale wstrzymałam oddech, przez co zawróciło mi w głowie. Finnick splótł nasze palce w jedność i zaciągnął mnie do wyjścia. Wszedł w ciemną, ślepą uliczkę. Oparłam się o mur i wzięłam kilka głębszych wdechów. Finnick wciąż wlepia we mnie wzrok.
- Zmieniłaś się, choć nie bardzo... Wciąż ta sama, a jednak inna... Inna, a jednak taka sama. - odzywa się.
- Na cholerę tu wróciłeś, Finnick? - syczę.
- Gdzie słowa tęsknoty? Gdzie "jak ja za tobą tęskniłam, tak bardzo cię kocham, oh Finnick!" - uśmiecha się krzywo, w policzkach ukazują się dołeczki.
- Pierdol się i twoje słowa tęsknoty! - krzyczę.
- Mam zlecenie. Tu w Londynie. Wysłali mnie, bo idealnie wpasowuję się w brytyjski klimat. Przyleciałem aż ze słonecznego Los Angeles i szczerze przyznam, że cholernie tęskniłem za tą ponurą pogodą. Idealnie mi przypominała ciebie. Też jesteś ponura i deszczowa. - mówi.
- Kiedyś ci to nie przeszkadzało. - burczę.
- I nadal nie przeszkadza. - podchodzi bliżej.
- Odsuń się ode mnie! - piszczę i przylegam jak lep do ściany.
- Przepraszam, jakiś problem? - podchodzi do nas jakiś Mulat.
- Tak. - mówię równo z Finnickiem, który mówi "Nie".
- Ten facet mnie napastuje. - mówię szybko
- Wcale nie! - broni się Odair.
- Odsuń się od niej, bo zrobię ci krzywdę. - mówi Mulat. - Chodź.
Mulat wyciąga do mnie rękę, którą chwytam.
- Wrócę, do klubu. - tłumaczę. - Tam są moi przyjaciele i brat.
- Wszystko w porządku, nic ci nie zrobił? - pyta troskliwie.
- Dzięki bogu nic... Dziękuję ci. Gdyby nie ty... - patrzę w jego brązowe tęczówki.
- Jestem Zayn. - wyciąga do mnie dłoń.
- Silver. - delikatnie ściskam jego rękę.
- Oryginalne imię. Znaczy coś, prócz srebra? - pyta.
- Szczerze mówiąc, nigdy nad tym nie myślałam... - odpowiadam. - Lubisz znaczenia?
- Bardzo. Znaczenia, metafory i przenośnie to mój konik. - śmieje się.
- Więc znasz znaczenie swojego imienia? - pytam
- Zayn z arabskiego oznacza Piękny, a Malik to Król, czyli jestem Pięknym Królem. - odpowiada.
- Ja jestem Srebrnym Kamieniem. Mało szlachetne, królu. - żartuję.
- Jesteś srebrna. - uśmiecha się. - Może to głupio zabrzmi, ale mogę postawić ci drinka?
- Nawet 2, jeśli czujesz taką potrzebę. - śmieję się.
Wchodzimy do klubu. Mam wrażenie, że muzyka gra jeszcze głośniej niż przedtem. Zamiast iść do baru tańczę z Zaynem na środku parkietu. Przepraszam go na chwilę i idę do toalety. Załatwiam swoją potrzebę, myję ręce, poprawiam fryzurę i lekko rozmyty makijaż. Chcąc wrócić do Mulata moją drogę toruje mi Finnick. Przybliża się do mnie i sięga do mojej bielizny. Czuję jego delikatne palce, pod sukienką na udach. Ja wyciągam zza jego pistolet. Desert Eagle. Już rozpoznaję jak broń jest wykonana stąd wiem jaki to model. On przykłada mi do gardła mój nóż kunai, a ja mu do czoła jego pistolet.
- A więc to ja jestem twoim celem... - bardziej stwierdzam niż pytam.
- Nie chciałem brać tego zlecenia, ale sama wiesz, że prędzej, czy później do tego doszło. - mówi.
- Miejmy to z głowy. - uśmiecham się i z całej siły uderzam go bronią, przez co mężczyzna upada.
Kyle, Jamie, Isaac i Cassidy pojawiają się znikąd. Kyle i Isaac wynoszą Finnicka z klubu. Cassidy otwiera bagażnik i chłopacy wrzucają go do niego. Szybko wracamy do domu i naprawdę jestem przerażona tym, jak Cassidy prowadzi samochód pod wpływem alkoholu. Jamie, Kyle i ja byliśmy pozapinani wszystkimi pasami jakie były na tylnych siedzeniach. Dotarliśmy w 5 minut z zegarkiem w ręku.
- Czy ty w ogóle masz prawo jazdy? - pytam.
- Nie, oblałam kilka razy. - mówi.
- Isaac! - drę się. - Skończysz z moim nożem w twoim gardle jeśli jeszcze raz pozwolisz jej usiąść za kółkiem!
- Skończę z jej strzałą w moim gardle jeśli nie pozwolę jej usiąść za kółkiem! Jestem między młotem a kowadłem! - broni się niebieskooki.
- Więc ja będę młotem! - krzyczy Cassidy.
- Wypuście mnie stąd! - Finnick wali w klapę bagażnika.
- Idziemy z nim do piwnicy? - pyta Cass.
- Idziemy. - moje oczy zaświeciły się, a usta wykrzywiły w wrednym uśmiechu.
Chłopaki znów mu przywalili, dzięki czemu Finnick znów stracił przytomność. Przymocowałam go do krzesła według instrukcji Cassidy. Ocuciłyśmy go wiadrem pełnym lodowatej wody. Dostał też wiaderkiem...
- Przestaniecie mnie walić w łeb? - majaczy pod nosem. - To boli. Jeszcze nie potrzebuję żadnej operacji plastycznej, kiedy jestem piękny i młody.
- Pewnie powinnam poćwiczyć rzuty nożami. Dawno tego nie robiłam. - mruczy Cassidy. - pryznieść moją kolekcję noży do rzucania?
- Suko proszę, mam własną. - śmieję się. - Poćwiczymy później. Teraz chcę wiedzieć, kto cię na mnie nasłał.
- Ta sama osoba, która zbiła twoich rodziców. - odpowiada.
- Cassidy, idź po noże. - mówię. - Przynieś także katanę.
Szatynka wychodzi, a ja siadam Finnickowi na kolana. Opieram głowę na jego ramieniu, a dłonią gładzę jego włosy. Mężczyzna mruczy. Zawsze to lubił.
- Nie chcę cię skrzywdzić. - szepcę mu wprost do ucha. - Nawet nie masz pojęcia na co się zgodziłeś przyjmując to zlecenie.
- Doskonale wiem na co się zgodziłem. Znam cię przecież. - odpowiada.
- Czyżby? - unoszę brwi ku zaskoczeniu.
- Jesteś kosogłosem, mówią, że ciężko cię pokonać, a ja o tym doskonale wiem. - mówi ze spokojem.
- Chcesz zginąć z mojej ręki? - pytam patrząc mu w oczy.
- Nie zabijesz mnie, a ja nie zabiję ciebie. Jednakże nie przyjechałem tu z tak z daleka, by tylko cię ostrzec... - uśmiecha się krzywo.
- Robisz za szpiega... - mówię pod nosem.

sobota, 23 stycznia 2016

[4] Show must go on...

*retrospekcja*
- Jeśli ci powiem, odjedziesz. Nie chcę, żebyś odchodził... - szepczę wtulając się w ramię chłopaka.
- Jeśli ja ci powiem, znienawidzisz mnie na zawsze. Wyrzucisz ze swojego serca. Jedyne co będziesz do mnie czuła to pogardę, obrzydzenie, nienawiść... - młody dorosły zaciska ucisk. - Nie chcę tego...
- Zaczęłabym się ciebie bać? - pytam.
- Nie, bo to co ty chcesz mi powiedzieć, jest równie straszne, jak to co ja chcę ci powiedzieć... - blondyn dotyka mojego policzka.
- Więc wiesz... - mruczę.
- Wiem. Ty też dobrze o wszystkim wiesz. - patrzy mi w oczy, a następnie całuje w usta.
- Czyli teraz staniemy się wrogami na śmierć i życie? - pytam.
- Na to wychodzi... - szepcze smutno.
*koniec retrospekcji* 

- Silver, mogę cię o coś spytać? - pyta Cassidy.
- Jasne... - patrzę jej w oczy. - O co chodzi?
- Czemu wąż? - opiera się łokciami o czarny blat wysepki kuchennej. - John, gość którego niedawno zabiłaś miał zwyczaj nazywać cię kobrą królewską. Wieki temu, konkretnie 3 lata temu, poznałaś o 5 lat starszego od ciebie Finnicka Odaira, przeżyliście wielki szczenięcy romans, wiedziałaś, z czego żyje Finnick, a Finnik znał twoje hobby, lecz oboje staraliście się to ukryć. W końcu, ktoś ze środowiska Finnicka dowiedział się o was, więc zlecił Finnickowi zabicie ciebie, tuż przed siedemnastymi urodzinami. Zamiast tego, rozdziewiczył cię...
- Przejdź do konkretów, Cassidy... - mówię.
- Nazwał cię Kosogłosem. - kończy. - Także, moje pytanie brzmi: Dlaczego nazwano cię wężem, gdy jesteś symbolem buntu i zemsty?
- John, był przyjacielem mojego ojca i współpracownikiem. Gdy zginęli rodzice miałam 7 lat. John się nami zajął, choć nie był idealnym wzorem rodzica. Od zawsze wiedziałam, że chcę się zemścić na ludziach, którzy zabili mi rodziców. John zauważył to i zaczął mnie trenować na morderczynie. Kiedy inne dzieci bawiły się lalkami Barbie, ja strzelałam do nich z najróżniejszej broni. W wieku 12 lat stałam się zawodowcem. Mordowałam, głównie na zlecenie, ale John oprócz wrodzonego talentu do zabijania niewinnych ludzi zauważył także inteligencję i spryt, jakich nikt nie miał. Moje IQ wynosi 198. Umiem zrobić bombę z byle wsuwki do włosów i baterii. Nazwał mnie wtedy wężem, bo węże to najsprytniejsze istoty jakie istnieją, choć mówi się, że takimi istotami są lisy... Finnick nazwał mnie Kosogłosem, bo to symbol buntu i zemsty, wiedział, jak bardzo nienawidzę Johna, przez to co zrobił... Gdy Kyle ukończył 16 lat, wyprowadziliśmy się od Johna i oboje obiecaliśmy sobie, że John kiedyś zginie z naszej ręki i uciekniemy z Manchesteru... Po co mnie o to wszystko pytasz, skoro ty wszystko wiesz?
- Chciałam to usłyszeć od ciebie. Ludzie mylą się co do ciebie, Silver. Biorą cię za bezduszną morderczynię, a ty po prostu jesteś małą zagubioną w swoim świecie dziewczynką... - patrzy beznamiętnie mi w oczy. - Jesteś inna... A ludzie boją się inności. Jesteś na prawdę silna. Ale nie dość silna, dlatego razem z Isaaciem ci pomożemy. Warunek jest jeden. Nie toleruję kłamców.
- Kłamców? - pytam. - Sądzisz, że kłamię?
- Nie. Tylko ostrzegam. Jedno małe kłamstwo, a źle to się skończy nie tylko dla ciebie, ale i dla Kyle'a i Jamie'go. - prostuje się i przeczesuje palcami swoje długie ciemne włosy.
- Dobrze się składa, bo sama nie lubię, kiedy ktoś nie jest ze mną szczery. - mruczę.
- Zacznijmy naszą grę. Będą nas jeszcze błagać o litość, albo sami się zabiją... - uśmiecha się

piątek, 22 stycznia 2016

[3] You got hell to pay but you already sold your soul...

- Silver, obudź się... - mówi Jamie. - Jesteśmy na miejscu.
- Jesteśmy na pustkowiu. - mówię rozglądając się. - I jest ciemno. Gdzie jest Londyn?
- Jesteśmy w Londynie. A właściwie na jego obrzeżach. Zatrzymamy się u Cassidy. - informuje.
- Cassidy? Kto to kurwa Cassidy? - wysiadam z auta.
- Haker, zabójca na zlecenie, bogini seksu, królowa wszechświata i tak dalej... - podchodzi do nas jakaś ciemnowłosa dziewczyna.
- Skromna jak zawsze. Miło cię widzieć Cass. - mówi Jamie.
- Ciebie też... - dziewczyna tuli go przez chwilę, po czym odsuwa się od niego i wlepia swój wzrok we mnie. - A ty zapewne jesteś małą siostrzyczką Kyle'a... Jestem Cassidy.
- Silver. - mówię.
- Wiem kim jesteś. - odpowiada.
- Wejdźmy do środka... - odzywa się James.
Cassidy prowadzi nas przez długi i wielki ogród do wejścia domu. Posiadłość, jak i dom są wielkie i przestronne. Dziwi mnie, że dziewczyna mieszka tu sama. Nawet i ja poczułabym się tu osamotniona. Nagle ze szklanych schodów zbiega niebieskooki szatyn. Był przystojny, nie da się ukryć, aczkolwiek, nie był to mój ideał mężczyzny.
- Kyle już wrócił? Tak szybko? Wow... - mężczyzna śmieje się.
Głos ma lekko zachrypnięty, niski, choć nie tak bardzo. Jego akcent, w porównaniu do Cassidy nie jest bardzo mocny, jednakże słychać, że jest Brytyjczykiem.
- Jamie, miło cię znów widzieć... - facet wyciąga dłoń do chłopaka mojego brata.
- Ciebie również, Isaac. - Jamie ściska jego rękę.
- Chwila... - odzywam się. - Znów widzieć? Kiedy do cholery wy się widywaliście?! O czym nie wiem?!
- Uspokój się, Wróbelku... - mówi Kyle.
- Nie nazwałeś mnie wróbelkiem, Kyle. - wściekam się.
- Dobra, jest okay. - mówi Jamie. - Dzięki, za to, że możemy się tu zatrzymać, bla bla bla. Cholera, ale jestem głodny, macie tu pizzę i czekoladę? O! I jeszcze ogórki, najlepiej te kiszone i lody czekoladowo-truskawkowo-waniliowe z rogalem mlecznym...
- A ty co w ciąży jesteś? - kpi Cassidy.
- Skoro on ma ochotę na ciężarne żarcie... - zastanawia się Kyle. - Silver, czy ty dostałaś okres?
- Nie, ale w sumie zjadłabym sobie to samo co Jamie... - mówię, a wszyscy zgromadzeni dziwnie na mnie patrzą. - No co?
- Jest w ciąży na 100%. - rzuca Cass.
- Jestem dziewicą. - odpowiadam.
- Żartujesz... - mówi Isaac. - To one jeszcze istnieją? Czy któryś z nas będzie musiało przeprowadzić z tobą rozmowę o Pszczółkach i Kwiatkach? Ja sądzę, że tą osobą powinien być Kyle, chociaż on może powiedzieć tylko o pszczółkach...
- Idiota... Nie interesuje mnie życie seksualne mojego brata. - patrzę z zniesmaczeniem na twarzy na Isaaca. - Straciłam dziewictwo na 17 urodzinach.
- Chcę imię, nazwisko, adres, numer komórkowy tego debila, który ci to zrobił... - Kyle zaczął wyliczać.
- Nie widziałam go od urodzin... I nie jestem w ciąży. - wywracam oczami.
- Był chociaż przystojny? I dobry w łóżku? - pyta Cassidy, przez co Isaac się denerwuje.
- Był bardzo przystojny i cholernie dobry w łóżku. - śmieję się.
- Denerwujesz mnie Cass. I wciąż zastanawiam się, czemu my ze sobą mieszkamy, skoro nawet nie jesteśmy razem! - Isaac się denerwuje.
- Oj uspokój się. Kochasz mnie. - śmieje się dziewczyna. - Czasem się ze sobą prześpimy, czasem obejrzymy film, kogoś zabijemy i każdy się z tego cieszy!
- Czuję się zazdrosny... - szatyn marszczy brwi.
- A ja czuję się się wiecznie śpiąca i nie narzekam. - machnęła ręką. - Skoro mamy razem pracować... Młoda, chcesz zobaczyć zbrojownię i pokój do tortur?
- Macie pokój do tortur? - nagle zaświeciły mi się oczy. - Chyba pokocham to miejsce...
- Przez "pokój do tortur" zrozum "zwykła piwnica"... - mówi Isaac.
- Dla ciebie piwnica, dla mnie pokój do tortur. - mówi Cassidy.
Cassidy prowadzi mnie do końca korytarza, gdzie znajdują się szklane drzwi, a na samym dole są mahoniowe drzwi, które zapewne prowadzą do piwnicy. Dziewczyna otwiera je i popycha. Cassidy przepuszcza mnie przodem. Idę wgłąb pokoju. Na środku pokoju jest krzesło, gdzie zapewne przywiązują swoich jeńców.
- Oto on. - mówi Cassidy.
- Twój pokój tortur ssie. - rzucam.
- Isaac sprzedał ostatnio naszą gilotynę i dziadka do orzechów na E-Bayu.- mruczy z grymasem. - Ten świat jest taki nie sprawiedliwy.
- Dziadka do orzechów? - pytam. - Czy to do....?
- A i owszem. - dziewczyna śmieje się.
- Jesteś geniuszem! - wytrzeszczam oczy. - Ja zabijam kunai, albo Desert Eaglem...
- Ja zabijam głównie z łuku, a dziadek do orzechów i gilotyna służyła głównie do zabawy... Cholernie mi się nudziło, więc dostałam od Isaaca na urodziny... - uśmiecha się.
- Urocze... - śmieję się.
- Wszyscy spłoniemy... Jak nie w piekle to jeszcze na ziemi... - mówi po chwili.
Znacznie później, kiedy każdy już leży w łóżku zastanawiam się, co Cassidy miała na myśli, co czego próbowała nawiązać... Dopiero kilka dni później zrozumiałam...

środa, 20 stycznia 2016

[2] Mama just killed a man... Put a gun against his head, pulled my trigger, now he's dead.

- Do Londynu? - Pytam cicho. - Czemu?
- Chodźmy do salonu... Porozmawiamy na spokojnie, zjesz coś kalorycznego, popijesz whisky i będzie okay... - mówi mi i ciągnie mnie delikatnie za rękę do innego pomieszczenia, gdzie sadza mnie na kanapie.
- Fajnie, że przywitałeś się ze swoim chłopakiem, Kyle... No kurwa popisujesz się swoją klasą jak nic... - prycha Jamie.
- Z tobą przywitam się później. Dogłębnie. - brunet się wyszczerzył.
- Oh god! Jesteście obrzydliwi. Oboje! Serio nie interesuje mnie wasze popieprzone życie seksualne! Boże, litości!- krzywię się.
- Mam ślad. - kontynuuje Kyle. - Mam ślad w kierunku morderstwa twoich rodziców. Nie wiem kto to, nie mam pojęcia jak wygląda... Wiem tylko tyle, że mieszka w Londynie i tu się ślad kończy.
- Jak dla mnie wystarczający. - wstaję z kanapy i zaczynam nerwowo chodzić po salonie. - Rodzice i Steve będą pomszczeni... Zabiję każdego, kto stanie mi na drodze. Nie okażę żadnej łaski. Będę torturować, żreć popcorn i nachos z serem tonami i patrzeć z uśmiechem na twarzy jak ten idiota będzie wrzeszczał z bólu... Nie ujdzie mu to płazem...
- Dobra, uspokój się, psycholu. - mówi do mnie Jamie. - Wpadasz w trans i niepotrzebnie się nakręcasz i zaraz nas wytłuczesz a ja i Kyle chcemy mieć jeszcze dzieci. Kiedy jedziemy do tego Londynu?
- Jeszcze dzisiaj w nocy. - mówię.
- Właściwie to dopiero wróciłem, jestem ciut zmęczony i wolałbym rano... - odzywa się Kyle
- Jeszcze dzisiaj w nocy. - powtarzam groźnie.
- W porządku... - przytakują.
- Spakujcie się. Im szybciej wyjedziemy tym lepiej. - nie okazuję emocji.
Heteroseksualiści wymieniają się krótkimi spojrzeniami, wstają i opuszczają pomieszczenie. Jestem coraz bliżej... Przełykam ślinę i idę do swojej sypialni. Spod łóżka wyciągam 2 duże torby treningowe i rzucam je pod garderobę. Przygryzam paznokieć palca wskazującego i zastanawiam się od czego lepiej zacząć. Broń. Broń jest ważniejsza niż jakieś głupie ciuchy. Z różnych zakątków pokoju chowam najróżniejszą broń do pierwszej torby. Po chwili już zaczyna mi brakować miejsca, więc zapinam torbę, a resztę broni dopakowuję do drugiej i kładę na nią ubrania.
- Gotowa? - do pokoju zagląda mój brat.
- Tak... - przysiadam na łóżku.
Opieram łokcie o kolana i chowam twarz w dłoniach. Czuję jak duża, silna ręka Kyle'a obejmuje i przyciąga mnie do siebie.
- Chciałabym coś jeszcze załatwić przed wyjazdem... - mamroczę w swoje ręce.
- W porządku. Podwieźć cię? - pyta.
- Nie. Załatwię to sama. - zapewniam i wstaję z łóżka.
Z torby wyciągam swojego Desert Eagle pokryty złotem. Zbiegam na dół, a za mną biegnie mój starszy brat.
- Będziemy w kontakcie. - mówi mężczyzna.
- W porządku. W razie potrzeby zadzwonię. - informuję.
- Silver... - chwyta mnie za rękę.
- Tak? - odwracam się do niego, bym mogła spojrzeć mu w oczy.
- Niech ten gnój cierpi. - przytula mnie mocno. - Niech się poleje krew. I niech zapłaci. Dupek wisi mi sporo hajsu.
- Jasne. - uśmiecham się przebiegle i odsuwam się od niego.
Jestem już przy otwartych przeze mnie drzwiach, kiedy słyszę od brata:
- Kocham cię siostrzyczko. Pamiętaj o tym.
Bez słowa wychodzę z domu i zamykam za sobą drzwi. Idę na przystanek autobusowy, gdzie wsiadam do busa nr 172. Zawiezie mnie prosto do na obrzeża Manchesteru. Wysiadam i idę do końca ulicy, gdzie skręcam w ślepy zaułek. Są tam drzwi, które prowadzą do biura Johna Nicholsa. Wchodzę tam, ale resztę drogi torują mi dwa łyse goryle.
- Nigdzie nie idziesz, księżniczko. - mówi jeden z nich.
- Nie byłabym tego taka pewna. - zza paska do spodni wyciągam swoje maleństwo (pistolet) i strzelam im obu w głowy. - Nie chcę być arogancka, czy coś, ale... A nie mówiłam?
Idę dalej. Tam już nikt mnie nie powstrzymuje. Wchodzę do gabinetu Johna. Wcale nie dziwi mnie widok jaki mam przed sobą. Cycata platynowa blondynka podskakuje na siedzącym na kanapie grubym, łysiejącym facecie z obrzydliwie owłosionymi wielkimi łapskami.
- Wypierdalaj. - mówię do dziwki i celuję w nią bronią.
Ta z pośpiechem wstaje, zakłada różowy płaszcz i w biegu opuszcza pomieszczenie zgarniając swoje krwistoczerwone szpilki na platformie. 
- Uspokój się Srebrny Wężu z Kamienia. - Nicholson.
Bez słowa, z kpiącym uśmiechem strzeliłam mu w penisa.
- Ty mała szmato! - wrzeszczy i chwyta się za bolące miejsce. - Straż!
- Nie przyjdą. - mówię i siadam na biurku. - Przejdźmy do rzeczy. Masz pozdrowienia od Kyle'a. Wrócił do miasta.
- Nie mam dla niego żadnych pieniędzy, jeśli do tego zmierzasz. - ociera zakrwawioną ręką pot z twarzy, rozmazując obie substancje.
- Zakład? - śmieję się i strzelam mu w lewe i prawe ramię. Mężczyzna upada, ciężko dyszy. - Dbam, żebyś się nie masturbował. To zły nawyk...
- I tak nie mam już co masturbować. - warczy. - Odstrzeliłaś mi fiuta!
- Żebyś się tak nie rozmnażał. Skuteczny, aczkolwiek lekko bolesny sposób antykoncepcji... - wzruszam ramionami. - Gdzie trzymasz ten hajs? Śpieszy mi się trochę, nie mam czasu na zabawy...
- Nie mam ich! - wrzeszczy.
- Jeśli mi nie powiesz, przestrzelę ci dupę w ten sposób, że kulka wyleci twoim nosem. - grożę.
Strzelam facetowi w brzuch i nogi.
- Sejf jest pod obrazem. - sapie i skinął głowę w kierunku malowidła przedstawiającego królową Elżbietę II.
Zdejmuję go i rzeczywiście, jest sejf.
- Podaj kombinację. - mówię.
- 37526. - mówi.
Wstukuję kod i opróżniam cały sejf.
- Ej! Wzięłaś za dużo! - krzyczy.
- Co z tego? - wzruszam ramionami. - Zalegałeś z zapłatą, więc nabił ci się spory procent. Z resztą, pieniądze i tak nie są ci już potrzebne.
Podchodzę do leżącego mężczyzny i przykładam mu broń do głowy. Pociągam za spust, na ścianach rozpryskuje się krew. Kilka kropli spadło na moją twarz. Przecieram wierzchem dłoni swoje policzki i czoło, ale krew się tylko rozmazuje. Zanim opuszczam pomieszczenie, przeglądam jeszcze wszystkie szafy i szuflady. Znajduję całkiem sporą sumę pieniędzy, jakieś drogocenne kamienie, wartościowe papiery, a pod nimi zrobiony z marmuru wąż z rubinowymi oczami i diamentowymi zębami. Parzę na małą figurkę. To kobra królewska. Biorę ją do ręki i razem z resztą cennych rzeczy wychodzę. Z tylnej kieszeni wyciągam swój telefon, by zadzwonić po brata, ale on już wraz z Jamie'm czeka w samochodzie zaparkowanym na rogu ulicy.
- Otwórz bagażnik. - mówię, a po chwili chowam wszystko prócz marmurowego węża, po czym zamykam klapę i wsiadam na tylne siedzenia.
- Co to? - pyta zaciekawiony Jamie.
- Wąż z marmuru. Czekaj jest tutaj coś napisane, liścik. - chwytam go do rąk. - Dla Silver. Ale nie jest napisane od kogo...

wtorek, 12 stycznia 2016

[1] Hey Satan look at me! I'm on a highway to hell!

Pewnym krokiem przemierzam zatłoczone ulice. Każdy mi ustępuje drogi, każdemu drży warga, gdy obdarzam ich morderczym wzrokiem. Boją się. Boją się i nic nie mogą z tym zrobić. Jestem jak jak wiatr. Niby czujesz, wiesz, że jestem obecna to i tak mnie nigdy nie schwytasz. Zaciskam dłoń na schowanej w kieszeni od kurtki broni.Skręcam w ciemną ślepą uliczkę. Kobieta już tu jest.
- Masz to co chciałam? - pytam na spokojnie.
Spust kusi, by za niego pociągnąć..
Jeszcze chwila...
- Ja przepraszam! - krzyczy panicznie i wybucha płaczem. - John nie chciał mi tego sprzedać!
Kobieta upada na kolana, błaga, bym jej nie zabijała. Ja tylko beznamiętnie patrzę. Wciągam z drugiej kieszeni paczkę papierosów, wyciągam jednego i odpalam. Zaciągam się nikotyną o smaku mentolowym i wypuszczam dym. Kręcę głową z dezaprobatą.
- Nie zabiję cię. - mówię po chwili.
- N-Nie? - jąka się.
- Sama się zabijesz. Chwycisz za broń, przyłożysz ją sobie do skroni i pociągniesz za spust. Wydaje się całkiem łatwe w wykonaniu, prawda? - moja twarz wykrzywia się w chytrym uśmiechu.
Rzucam jej pod nogi broń.
- Nie karz mi tego zrobić, błagam. - jęczy.
- Jeśli pozwolisz, kochanie... - ręka przyjaciela owija się wokół mojej talii, jego usta przybliżają się do mojego ucha. - Nie karz jej tego zrobić. Pozwól mi to zrobić...
- Nie wywinęła się z umowy... - mówię obojętnie.
- Gdy się zabije oddasz jej przysługę, pociągnie za spust i po sprawie. Ja sprawię, że będzie cierpieć, że będzie wrzeszczeć... - Jamie wyciąga zza mojego paska nóż kunai i przejeżdża mi zimnym metalem po brzuchu.
- Niech będzie. Popatrzę z boku. Niech nie leje się za dużo krwi. Wiesz, że tego nie lubię. - całuję go w usta i przesuwam się pod ścianę.
- Wedle życzenia, moja pani. - uśmiecha się przebiegle i spokojnym krokiem kieruje się do kobiety.
Staje za nią i rozrywa z niej płaszcz. Kobieta drży, wciąż nie przestaje płakać.
- Pierwszy ruch... - mówi Jamie. - Chcesz uczynić honory? - patrzy mi w oczy.
- Pozwolę tobie. - mrużę oczy, by mieć wyraźniejszy obraz.
Przypatruję się, jak James po woli okalecza kobietę. Moje wargi lekko drgają w uśmiechu, gdy widzę coraz więcej ran. W końcu kobieta upada, ale nie umiera. Patrzy mi z bólem i wyrzutem w oczy, jednakże nie obchodzi mnie to. Mój przyjaciel przyciąga ją do siebie.
- Nie walczy... Lecz oddycha. Urocze, prawda? - Jamie się śmieje.
- Nawet bardzo. - nadeptuję mocno na dłoń kobiety, przez co krzyczy. - To żałosne, gdy krzyczysz z tą nadzieją, że ktoś cię uratuje. Niespodzianka! Nikt nie przyjdzie. Nawet John cię nie uratuje. Będziesz naszą wiadomością do niego. Niech wie, że prędzej czy później znajdę go, a on zaprowadzi mnie do odpowiednich ludzi, którzy też zginą.
- Kyle byłby z ciebie dumny. - mówi Jamie. - Ja aż sam się wzruszyłem.
- Kyle wraca jutro i pewnie będzie przechodził przez te rejony, więc zobaczy nasze dzieło. - odpowiadam i wyciągam kolejny nóż kunai.
Przejeżdżam kobiecie po ręce nożem, przez co tworzy się duża rana. Jamie podnosi ją dla mnie, dzięki czemu łatwiej mi poderżnąć jej gardło. Chłopak upuszcza jej zwłoki, a my idziemy. Ludzie wydają się być niewzruszeni tym co tu zaszło, mimo to ja dostrzegam, że zalała ich fala strachu. Dość szybkim krokiem przemierzamy przez miasto.
- Silver? - Jamie obejmuje mnie ramieniem. - Ostatnio za dużo myślisz... Co się dzieje?
- To się dzieje, że jesteśmy śledzeni. - patrzę mu w oczy.
- Śledzeni? Nie ubzdurałaś sobie czegoś? - dziwi się.
- W domu ci wytłumaczę. - mamroczę pod nosem.
Droga nie zajęła nam dzięki bogu zbyt dużo czasu. Konkretnie 20 minut, dzięki zaparkowanemu samochodowi za rogiem ulicy na której wydarzyło to wszystko. Pcham ciężkie stare drzwi i wchodzę na klatkę schodową. Jeszcze chwila, a cały budynek runie. Pokonuję kilkadziesiąt schodów i w końcu znajduję się na ostatnim piętrze, czyli 5. Kopię w drzwi, a one ustępują.
- Ah, dom, słodki dom... - wzdycham opadając ciężko na kanapę, ale coś mi w niej nie pasuje. - Gdzie jest moja stara kanapa?!
- Lol, czyli byłaś jednak aż tak pijana? - jęczy blondyn. - Przez ciebie będę musiał płacić grube hajsy Kyle'owi...
- Założyliście się? O co niby? O to jak zareaguję na nową kanapę? - pytam zdziwiona.
- Nie do końca. Zakładaliśmy się o to, kiedy włączy ci się tryb furii, po położeniu się na kanapie, czy przed. Ja obstawiałem, że przed, więc dawaj pieniądze mała, bo muszę zapłacić temu gejowi. - burczy wystawiając do mnie dłoń.
- Zrobiliście remont? Dlaczego? - pytam. - To mieszkanie i tak się za chwilę zdemoluje!
- Czyli jednak byłaś aż tak pijana... - mruczy. - Po ostatniej imprezie mieszkanie nie nadawało się do użytku, więc musieliśmy je wyremontować. Jesteś zła?
- Zabraliście moją ulubioną kanapę! Jak myślisz?! Jestem zła?! - wrzeszczę.
- Obejrzymy film? - pyta.
- Jasne. - szczerzę się.
Nie minęła chwila, a już leżę na Jamie'm i oglądamy jakiś durny film. Komedie romantyczne mnie wkurzają. Gdzie cierpienie? Gdzie krew? Gdzie trupy?! Facio poznaje jakąś laskę, bzykają się i nagle bum! Wielka miłość... Wkurza mnie takie coś...
- Myślisz, że kiedyś ja też się tak zakocham jak Nicole? - pytam, gdy nagle pojawiły się napisy.
- Chyba masz gorączkę... - mruczy.
- Pytam na poważnie! - jęczę. - Jestem zimną suką, jedynie co dobrze robię to morduję...
- Nie prawda! - odpowiada mi przyjaciel. - Kochanie, każdy jest zdolny do kochania kogoś! Spójrz na mnie i Kyle'a! Jesteśmy szczęśliwą parą gejów, którzy mordują bez poczucia winy.
- A gdyby ktoś kazałby ci zabić Kyle'a bez poczucia winy, zrobiłbyś to? Ja tak. Miłość nie istnieje...
- To jak wytłumaczysz mój związek z Kyle'm?
- Ruchanie to jedna z podstawowych czynności życiowych. Ty lubisz pieprzyć Kyle'a, a Kyle ciebie...
- Jesteś popieprzonym robotem do mordowania... Zabolało by cię, jakby ktoś zamordował na twoich oczach mnie czy Kyle'a?
- Pewnie tak... Ale otrząsnęłabym się z tego i zemściła.
- Włączmy następny film, bo już tobą rzygam.
Tym razem padło na jakąś komedię. Duże Dzieci są okay! Naprawdę, ten film jest jednym z niewielu, który potrafi mnie prawdziwie rozśmieszyć.
- Głoszę dobrą nowinę! - słyszymy krzyk i trzask drzwi.
- Jehowi mają zakaz wstępu! - krzyczy Jamie.
- Kyle! - drę się i omal się nie zabijając (i przy okazji Jamesa) biegnę potykając się o własne nogi do mojego drugiego geja. - Wróciłeś wcześniej!
- Wróciłem, bo mam dla was świetną wiadomość! - tuli mnie do siebie. - Ale najpierw jeść!
- Kyle nie! - wrzeszczę.
- Oj, no dobra, księżniczko... - Mruczy szatyn - Wyprowadzamy się do Londynu...