poniedziałek, 1 lutego 2016

[6] And he promised me forever and a day we'd live as one. And he promised me in secret. That he'd love me for all time. It's a promise so untrue. Tell me what will I do?

Siedziałam pod ścianą i obracałam noże w ręku. Finnik przestał już się wierzgać na krześle, by poluźnić ucisk lin na rękach.
- Nudzi mi się. - burczy Cassidy.
Podaję jej jeden z noży.
- Nie w twarz, ani w tułów. Muszę go przytrzymać na trochę przy życiu, jest mi potrzebny. - mówię.
Dziewczyna mamrocze coś pod nosem z niezadowolenia i wbija kunai boleśnie w udo Finnicka. Mężczyzna krzyczy z bólu, ale na mnie, ani Cass nie robi to żadnego wrażenia. Rzucam umiejętnie nóż w ramię chłopaka. Później w drugie. Mówię Walker, żeby rozwiązała go. I tak nie ucieknie, bo Cass wbiła mu nóż w drugie udo.
- Nie wiem kim jest morderca! - sapie Finnick.
- Wiem, że nie wiesz... - kiwam głową. - I wątpię, żeby zaczęli cię szukać. Jesteś tylko jednym z wielu, zginiesz, a znajdą sobie następnego, lepszego.
- To po cholerę mnie tu trzymasz, co? - pyta kpiąco.
- Stęskniłam się. - uśmiecham się krzywo.
- Nie znajdziesz mojego szefa, nawet ja nie wiem kim on jest. i gdzie jest. Po prostu dostaję SMS'a ze szczegółami i to co będzie mi potrzebne jest już w moim mieszkaniu. - tłumaczy.
- Ja może go nie znajdę... - mruczę. - Ale Cassidy ma swoje sposoby, żeby go znaleźć.
- Nie dacie rady. - odpowiada blondyn.
- Zakład? - prycha Cassidy.
- Jest twój Cass. - wstaję z podłogi. - Idę spać. Nie stosuj mongolskich tortur. Zachowaj to dla mnie. Dawno nie ćwiczyłaś boksu, z tego co słyszałam.
- Oj bardzo dawno. - Cass strzeliły kostki w palcach.
Wychodzę z piwnicy i nagle czuję się słaba, bezbronna i zraniona... Ciężko stawiam kroki na schodach. Nogi jakby odmawiają mi posłuszeństwa. Słyszę jak Finnick jęczy z bólu. Czuję się jakby to mnie torturowano i bito. Ledwie dochodzę do pokoju, w którym miałam spać. Cisza. Tu już nic nie słyszę. Zero krzyków, zero jęków, kompletnie nic. Nie słychać nawet tej zaciętej konwersacji jaką toczą chłopaki w salonie. Temat ich debaty to "Czym lepiej się zabija: Desert Eaglem, czy japońskimi sztyletami?" Isaac jest za Desert Eaglem, jego argument to "po prostu strzelasz i po problemie, nawet się nie spocisz, ani nie zmęczysz...". James uporczywie próbuje wbić do głowy swoim towarzyszom, że noże do rzucania są najlepsze, "bo robią większe rany, a czasem, lecą szybciej niż nie jeden pocisk wystrzelony z pistoletu". Natomiast Kyle zacięcie broni swoich katan, "przetniesz raz a porządnie i masz pewność, że nikogo nie uratują, jeśli przetniesz kogoś w pół". Takie pierdolenie. Każda broń jest dobra. Jest cudowna, idealna... Perfekcyjnie dopasowana do ludzkiej dłoni. Zza skarpety wyciągam mały nożyk, odwzorowany na kunai. Miniaturka kunai, heh. Rozbieram się do bielizny i całą broń jaką mam przy sobie wrzucam do torby, zostawiając tylko jeden normalny kunai, który chowam pod poduszką. Mimo iż oczy same mi się kleją do snu, coś nie pozwala mi zasnąć. Jest to denerwujące. Wstaję i biorę swój nóż, po czym chowam za gumkę majtek. Na ramiona zarzucam czarną rozpinaną bluzę z białym zamkiem. Zapinam ją do połowy i jak najciszej tylko umiem wychodzę boso ze swojego pokoju. Człapię po panelach, staram się stawiać kroki tak, by nie zaskrzypiała podłoga. Staję w progu kuchni i myślę, czemu akurat moje nogi przyprowadziły mnie tu. W końcu odzywa się moja humanitarna strona, ten cichutki głosik, tłumiony przez resztę organizmu i umysłu. Finnick, podpowiada. No tak, zostawiłam go na pastwę losu. Boję się pomyśleć co Cassidy z nim zrobiła. W jakim stanie go zostawiła. Na wszelki wypadek, zabieram ze sobą jakąś szmatkę, która chyba miała robić za ręcznik kuchenny, średniej wielkości miskę, która wygląda jak dla jakiegoś cholernie wielkiego zwierzęcia i nalewam do niej gorącej wody, znajduję też butelkę z bimbrem i apteczkę.
Chwila, odzywa się reszta rozumu, on cię zranił, a ty chcesz mu jeszcze pomagać?
- Racja. - szepczę sama do siebie i rzucam wszystko na blat, nie dbając o hałas jaki roznosi się po pomieszczeniu.
Humanitarna strona mnie uporczywie stara się przekonać mnie do podjęcia się działania pomocy Finnickowi, lecz rozum nie daje za wygraną. Po krótkiej wewnętrznej decyduję się zejść do Odaira i mu pomóc. W piwnicy panuje półmrok. Ogromne pomieszczenie rozświetla zaledwie jedna mała, słaba żarówka. Jednakże udaje mi się dojrzeć blondyna skulonego na ziemi, a obok niego szczątki roztrzaskanego krzesła. Widzę, jak krew znad brwi ścieka mu ciurkiem na policzek i brodę, kiedy ledwie podnosi głowę, by zobaczyć kto idzie.
- Silver... - sapie. - Sądziłem, że to Cassidy. Obiecywała, że wkrótce mnie dobije, czekam na ten moment, bo zaraz po niej, przyszło jeszcze 3 facetów...
- Shh... - klękam przy nim i kładę mu palec na ustach, by zamilkł. - Nikt cię nie dobije... Zajmę się tobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz