- Do Londynu? - Pytam cicho. - Czemu?
- Chodźmy do salonu... Porozmawiamy na spokojnie, zjesz coś kalorycznego, popijesz whisky i będzie okay... - mówi mi i ciągnie mnie delikatnie za rękę do innego pomieszczenia, gdzie sadza mnie na kanapie.
- Chodźmy do salonu... Porozmawiamy na spokojnie, zjesz coś kalorycznego, popijesz whisky i będzie okay... - mówi mi i ciągnie mnie delikatnie za rękę do innego pomieszczenia, gdzie sadza mnie na kanapie.
- Fajnie, że przywitałeś się ze swoim chłopakiem, Kyle... No kurwa popisujesz się swoją klasą jak nic... - prycha Jamie.
- Z tobą przywitam się później. Dogłębnie. - brunet się wyszczerzył.
- Oh god! Jesteście obrzydliwi. Oboje! Serio nie interesuje mnie wasze popieprzone życie seksualne! Boże, litości!- krzywię się.
- Mam ślad. - kontynuuje Kyle. - Mam ślad w kierunku morderstwa twoich rodziców. Nie wiem kto to, nie mam pojęcia jak wygląda... Wiem tylko tyle, że mieszka w Londynie i tu się ślad kończy.
- Jak dla mnie wystarczający. - wstaję z kanapy i zaczynam nerwowo chodzić po salonie. - Rodzice i Steve będą pomszczeni... Zabiję każdego, kto stanie mi na drodze. Nie okażę żadnej łaski. Będę torturować, żreć popcorn i nachos z serem tonami i patrzeć z uśmiechem na twarzy jak ten idiota będzie wrzeszczał z bólu... Nie ujdzie mu to płazem...
- Dobra, uspokój się, psycholu. - mówi do mnie Jamie. - Wpadasz w trans i niepotrzebnie się nakręcasz i zaraz nas wytłuczesz a ja i Kyle chcemy mieć jeszcze dzieci. Kiedy jedziemy do tego Londynu?
- Jeszcze dzisiaj w nocy. - mówię.
- Właściwie to dopiero wróciłem, jestem ciut zmęczony i wolałbym rano... - odzywa się Kyle
- Jeszcze dzisiaj w nocy. - powtarzam groźnie.
- W porządku... - przytakują.
- Spakujcie się. Im szybciej wyjedziemy tym lepiej. - nie okazuję emocji.
Heteroseksualiści wymieniają się krótkimi spojrzeniami, wstają i opuszczają pomieszczenie. Jestem coraz bliżej... Przełykam ślinę i idę do swojej sypialni. Spod łóżka wyciągam 2 duże torby treningowe i rzucam je pod garderobę. Przygryzam paznokieć palca wskazującego i zastanawiam się od czego lepiej zacząć. Broń. Broń jest ważniejsza niż jakieś głupie ciuchy. Z różnych zakątków pokoju chowam najróżniejszą broń do pierwszej torby. Po chwili już zaczyna mi brakować miejsca, więc zapinam torbę, a resztę broni dopakowuję do drugiej i kładę na nią ubrania.
- Gotowa? - do pokoju zagląda mój brat.
- Tak... - przysiadam na łóżku.
Opieram łokcie o kolana i chowam twarz w dłoniach. Czuję jak duża, silna ręka Kyle'a obejmuje i przyciąga mnie do siebie.
- Chciałabym coś jeszcze załatwić przed wyjazdem... - mamroczę w swoje ręce.
- W porządku. Podwieźć cię? - pyta.
- Nie. Załatwię to sama. - zapewniam i wstaję z łóżka.
Z torby wyciągam swojego Desert Eagle pokryty złotem. Zbiegam na dół, a za mną biegnie mój starszy brat.
- Będziemy w kontakcie. - mówi mężczyzna.
- W porządku. W razie potrzeby zadzwonię. - informuję.
- Silver... - chwyta mnie za rękę.
- Tak? - odwracam się do niego, bym mogła spojrzeć mu w oczy.
- Niech ten gnój cierpi. - przytula mnie mocno. - Niech się poleje krew. I niech zapłaci. Dupek wisi mi sporo hajsu.
- Jasne. - uśmiecham się przebiegle i odsuwam się od niego.
Jestem już przy otwartych przeze mnie drzwiach, kiedy słyszę od brata:
- Kocham cię siostrzyczko. Pamiętaj o tym.
Bez słowa wychodzę z domu i zamykam za sobą drzwi. Idę na przystanek autobusowy, gdzie wsiadam do busa nr 172. Zawiezie mnie prosto do na obrzeża Manchesteru. Wysiadam i idę do końca ulicy, gdzie skręcam w ślepy zaułek. Są tam drzwi, które prowadzą do biura Johna Nicholsa. Wchodzę tam, ale resztę drogi torują mi dwa łyse goryle.
- Nigdzie nie idziesz, księżniczko. - mówi jeden z nich.
- Nie byłabym tego taka pewna. - zza paska do spodni wyciągam swoje maleństwo (pistolet) i strzelam im obu w głowy. - Nie chcę być arogancka, czy coś, ale... A nie mówiłam?
Idę dalej. Tam już nikt mnie nie powstrzymuje. Wchodzę do gabinetu Johna. Wcale nie dziwi mnie widok jaki mam przed sobą. Cycata platynowa blondynka podskakuje na siedzącym na kanapie grubym, łysiejącym facecie z obrzydliwie owłosionymi wielkimi łapskami.
- Wypierdalaj. - mówię do dziwki i celuję w nią bronią.
Ta z pośpiechem wstaje, zakłada różowy płaszcz i w biegu opuszcza pomieszczenie zgarniając swoje krwistoczerwone szpilki na platformie.
- Uspokój się Srebrny Wężu z Kamienia. - Nicholson.
Bez słowa, z kpiącym uśmiechem strzeliłam mu w penisa.
- Ty mała szmato! - wrzeszczy i chwyta się za bolące miejsce. - Straż!
- Nie przyjdą. - mówię i siadam na biurku. - Przejdźmy do rzeczy. Masz pozdrowienia od Kyle'a. Wrócił do miasta.
- Nie mam dla niego żadnych pieniędzy, jeśli do tego zmierzasz. - ociera zakrwawioną ręką pot z twarzy, rozmazując obie substancje.
- Zakład? - śmieję się i strzelam mu w lewe i prawe ramię. Mężczyzna upada, ciężko dyszy. - Dbam, żebyś się nie masturbował. To zły nawyk...
- I tak nie mam już co masturbować. - warczy. - Odstrzeliłaś mi fiuta!
- Żebyś się tak nie rozmnażał. Skuteczny, aczkolwiek lekko bolesny sposób antykoncepcji... - wzruszam ramionami. - Gdzie trzymasz ten hajs? Śpieszy mi się trochę, nie mam czasu na zabawy...
- Nie mam ich! - wrzeszczy.
- Jeśli mi nie powiesz, przestrzelę ci dupę w ten sposób, że kulka wyleci twoim nosem. - grożę.
Strzelam facetowi w brzuch i nogi.
- Sejf jest pod obrazem. - sapie i skinął głowę w kierunku malowidła przedstawiającego królową Elżbietę II.
Zdejmuję go i rzeczywiście, jest sejf.
- Podaj kombinację. - mówię.
- 37526. - mówi.
Wstukuję kod i opróżniam cały sejf.
- Ej! Wzięłaś za dużo! - krzyczy.
- Co z tego? - wzruszam ramionami. - Zalegałeś z zapłatą, więc nabił ci się spory procent. Z resztą, pieniądze i tak nie są ci już potrzebne.
Podchodzę do leżącego mężczyzny i przykładam mu broń do głowy. Pociągam za spust, na ścianach rozpryskuje się krew. Kilka kropli spadło na moją twarz. Przecieram wierzchem dłoni swoje policzki i czoło, ale krew się tylko rozmazuje. Zanim opuszczam pomieszczenie, przeglądam jeszcze wszystkie szafy i szuflady. Znajduję całkiem sporą sumę pieniędzy, jakieś drogocenne kamienie, wartościowe papiery, a pod nimi zrobiony z marmuru wąż z rubinowymi oczami i diamentowymi zębami. Parzę na małą figurkę. To kobra królewska. Biorę ją do ręki i razem z resztą cennych rzeczy wychodzę. Z tylnej kieszeni wyciągam swój telefon, by zadzwonić po brata, ale on już wraz z Jamie'm czeka w samochodzie zaparkowanym na rogu ulicy.
- Otwórz bagażnik. - mówię, a po chwili chowam wszystko prócz marmurowego węża, po czym zamykam klapę i wsiadam na tylne siedzenia.
- Co to? - pyta zaciekawiony Jamie.
- Wąż z marmuru. Czekaj jest tutaj coś napisane, liścik. - chwytam go do rąk. - Dla Silver. Ale nie jest napisane od kogo...
- Z tobą przywitam się później. Dogłębnie. - brunet się wyszczerzył.
- Oh god! Jesteście obrzydliwi. Oboje! Serio nie interesuje mnie wasze popieprzone życie seksualne! Boże, litości!- krzywię się.
- Mam ślad. - kontynuuje Kyle. - Mam ślad w kierunku morderstwa twoich rodziców. Nie wiem kto to, nie mam pojęcia jak wygląda... Wiem tylko tyle, że mieszka w Londynie i tu się ślad kończy.
- Jak dla mnie wystarczający. - wstaję z kanapy i zaczynam nerwowo chodzić po salonie. - Rodzice i Steve będą pomszczeni... Zabiję każdego, kto stanie mi na drodze. Nie okażę żadnej łaski. Będę torturować, żreć popcorn i nachos z serem tonami i patrzeć z uśmiechem na twarzy jak ten idiota będzie wrzeszczał z bólu... Nie ujdzie mu to płazem...
- Dobra, uspokój się, psycholu. - mówi do mnie Jamie. - Wpadasz w trans i niepotrzebnie się nakręcasz i zaraz nas wytłuczesz a ja i Kyle chcemy mieć jeszcze dzieci. Kiedy jedziemy do tego Londynu?
- Jeszcze dzisiaj w nocy. - mówię.
- Właściwie to dopiero wróciłem, jestem ciut zmęczony i wolałbym rano... - odzywa się Kyle
- Jeszcze dzisiaj w nocy. - powtarzam groźnie.
- W porządku... - przytakują.
- Spakujcie się. Im szybciej wyjedziemy tym lepiej. - nie okazuję emocji.
Heteroseksualiści wymieniają się krótkimi spojrzeniami, wstają i opuszczają pomieszczenie. Jestem coraz bliżej... Przełykam ślinę i idę do swojej sypialni. Spod łóżka wyciągam 2 duże torby treningowe i rzucam je pod garderobę. Przygryzam paznokieć palca wskazującego i zastanawiam się od czego lepiej zacząć. Broń. Broń jest ważniejsza niż jakieś głupie ciuchy. Z różnych zakątków pokoju chowam najróżniejszą broń do pierwszej torby. Po chwili już zaczyna mi brakować miejsca, więc zapinam torbę, a resztę broni dopakowuję do drugiej i kładę na nią ubrania.
- Gotowa? - do pokoju zagląda mój brat.
- Tak... - przysiadam na łóżku.
Opieram łokcie o kolana i chowam twarz w dłoniach. Czuję jak duża, silna ręka Kyle'a obejmuje i przyciąga mnie do siebie.
- Chciałabym coś jeszcze załatwić przed wyjazdem... - mamroczę w swoje ręce.
- W porządku. Podwieźć cię? - pyta.
- Nie. Załatwię to sama. - zapewniam i wstaję z łóżka.
- Będziemy w kontakcie. - mówi mężczyzna.
- W porządku. W razie potrzeby zadzwonię. - informuję.
- Silver... - chwyta mnie za rękę.
- Tak? - odwracam się do niego, bym mogła spojrzeć mu w oczy.
- Niech ten gnój cierpi. - przytula mnie mocno. - Niech się poleje krew. I niech zapłaci. Dupek wisi mi sporo hajsu.
- Jasne. - uśmiecham się przebiegle i odsuwam się od niego.
Jestem już przy otwartych przeze mnie drzwiach, kiedy słyszę od brata:
- Kocham cię siostrzyczko. Pamiętaj o tym.
Bez słowa wychodzę z domu i zamykam za sobą drzwi. Idę na przystanek autobusowy, gdzie wsiadam do busa nr 172. Zawiezie mnie prosto do na obrzeża Manchesteru. Wysiadam i idę do końca ulicy, gdzie skręcam w ślepy zaułek. Są tam drzwi, które prowadzą do biura Johna Nicholsa. Wchodzę tam, ale resztę drogi torują mi dwa łyse goryle.
- Nigdzie nie idziesz, księżniczko. - mówi jeden z nich.
- Nie byłabym tego taka pewna. - zza paska do spodni wyciągam swoje maleństwo (pistolet) i strzelam im obu w głowy. - Nie chcę być arogancka, czy coś, ale... A nie mówiłam?
Idę dalej. Tam już nikt mnie nie powstrzymuje. Wchodzę do gabinetu Johna. Wcale nie dziwi mnie widok jaki mam przed sobą. Cycata platynowa blondynka podskakuje na siedzącym na kanapie grubym, łysiejącym facecie z obrzydliwie owłosionymi wielkimi łapskami.
- Wypierdalaj. - mówię do dziwki i celuję w nią bronią.
Ta z pośpiechem wstaje, zakłada różowy płaszcz i w biegu opuszcza pomieszczenie zgarniając swoje krwistoczerwone szpilki na platformie.
- Uspokój się Srebrny Wężu z Kamienia. - Nicholson.
Bez słowa, z kpiącym uśmiechem strzeliłam mu w penisa.
- Ty mała szmato! - wrzeszczy i chwyta się za bolące miejsce. - Straż!
- Nie przyjdą. - mówię i siadam na biurku. - Przejdźmy do rzeczy. Masz pozdrowienia od Kyle'a. Wrócił do miasta.
- Nie mam dla niego żadnych pieniędzy, jeśli do tego zmierzasz. - ociera zakrwawioną ręką pot z twarzy, rozmazując obie substancje.
- Zakład? - śmieję się i strzelam mu w lewe i prawe ramię. Mężczyzna upada, ciężko dyszy. - Dbam, żebyś się nie masturbował. To zły nawyk...
- I tak nie mam już co masturbować. - warczy. - Odstrzeliłaś mi fiuta!
- Żebyś się tak nie rozmnażał. Skuteczny, aczkolwiek lekko bolesny sposób antykoncepcji... - wzruszam ramionami. - Gdzie trzymasz ten hajs? Śpieszy mi się trochę, nie mam czasu na zabawy...
- Nie mam ich! - wrzeszczy.
- Jeśli mi nie powiesz, przestrzelę ci dupę w ten sposób, że kulka wyleci twoim nosem. - grożę.
Strzelam facetowi w brzuch i nogi.
- Sejf jest pod obrazem. - sapie i skinął głowę w kierunku malowidła przedstawiającego królową Elżbietę II.
Zdejmuję go i rzeczywiście, jest sejf.
- Podaj kombinację. - mówię.
- 37526. - mówi.
Wstukuję kod i opróżniam cały sejf.
- Ej! Wzięłaś za dużo! - krzyczy.
- Co z tego? - wzruszam ramionami. - Zalegałeś z zapłatą, więc nabił ci się spory procent. Z resztą, pieniądze i tak nie są ci już potrzebne.
Podchodzę do leżącego mężczyzny i przykładam mu broń do głowy. Pociągam za spust, na ścianach rozpryskuje się krew. Kilka kropli spadło na moją twarz. Przecieram wierzchem dłoni swoje policzki i czoło, ale krew się tylko rozmazuje. Zanim opuszczam pomieszczenie, przeglądam jeszcze wszystkie szafy i szuflady. Znajduję całkiem sporą sumę pieniędzy, jakieś drogocenne kamienie, wartościowe papiery, a pod nimi zrobiony z marmuru wąż z rubinowymi oczami i diamentowymi zębami. Parzę na małą figurkę. To kobra królewska. Biorę ją do ręki i razem z resztą cennych rzeczy wychodzę. Z tylnej kieszeni wyciągam swój telefon, by zadzwonić po brata, ale on już wraz z Jamie'm czeka w samochodzie zaparkowanym na rogu ulicy.
- Otwórz bagażnik. - mówię, a po chwili chowam wszystko prócz marmurowego węża, po czym zamykam klapę i wsiadam na tylne siedzenia.
- Co to? - pyta zaciekawiony Jamie.
- Wąż z marmuru. Czekaj jest tutaj coś napisane, liścik. - chwytam go do rąk. - Dla Silver. Ale nie jest napisane od kogo...
OMG!!! TA BROŃ!!! CHCE JOM BAAAADZOOO!!! KUP MI NA URODZINY <3
OdpowiedzUsuń