Pewnym krokiem przemierzam zatłoczone ulice. Każdy mi ustępuje drogi, każdemu drży warga, gdy obdarzam ich morderczym wzrokiem. Boją się. Boją się i nic nie mogą z tym zrobić. Jestem jak jak wiatr. Niby czujesz, wiesz, że jestem obecna to i tak mnie nigdy nie schwytasz. Zaciskam dłoń na schowanej w kieszeni od kurtki broni.Skręcam w ciemną ślepą uliczkę. Kobieta już tu jest.
- Masz to co chciałam? - pytam na spokojnie.
Spust kusi, by za niego pociągnąć..
Jeszcze chwila...
- Ja przepraszam! - krzyczy panicznie i wybucha płaczem. - John nie chciał mi tego sprzedać!
Kobieta upada na kolana, błaga, bym jej nie zabijała. Ja tylko beznamiętnie patrzę. Wciągam z drugiej kieszeni paczkę papierosów, wyciągam jednego i odpalam. Zaciągam się nikotyną o smaku mentolowym i wypuszczam dym. Kręcę głową z dezaprobatą.
- Nie zabiję cię. - mówię po chwili.
- N-Nie? - jąka się.
- Sama się zabijesz. Chwycisz za broń, przyłożysz ją sobie do skroni i pociągniesz za spust. Wydaje się całkiem łatwe w wykonaniu, prawda? - moja twarz wykrzywia się w chytrym uśmiechu.
Rzucam jej pod nogi broń.
- Nie karz mi tego zrobić, błagam. - jęczy.
- Jeśli pozwolisz, kochanie... - ręka przyjaciela owija się wokół mojej talii, jego usta przybliżają się do mojego ucha. - Nie karz jej tego zrobić. Pozwól mi to zrobić...
- Nie wywinęła się z umowy... - mówię obojętnie.
- Gdy się zabije oddasz jej przysługę, pociągnie za spust i po sprawie. Ja sprawię, że będzie cierpieć, że będzie wrzeszczeć... - Jamie wyciąga zza mojego paska nóż kunai i przejeżdża mi zimnym metalem po brzuchu.
- Niech będzie. Popatrzę z boku. Niech nie leje się za dużo krwi. Wiesz, że tego nie lubię. - całuję go w usta i przesuwam się pod ścianę.
- Wedle życzenia, moja pani. - uśmiecha się przebiegle i spokojnym krokiem kieruje się do kobiety.
Staje za nią i rozrywa z niej płaszcz. Kobieta drży, wciąż nie przestaje płakać.
- Pierwszy ruch... - mówi Jamie. - Chcesz uczynić honory? - patrzy mi w oczy.
- Pozwolę tobie. - mrużę oczy, by mieć wyraźniejszy obraz.
Przypatruję się, jak James po woli okalecza kobietę. Moje wargi lekko drgają w uśmiechu, gdy widzę coraz więcej ran. W końcu kobieta upada, ale nie umiera. Patrzy mi z bólem i wyrzutem w oczy, jednakże nie obchodzi mnie to. Mój przyjaciel przyciąga ją do siebie.
- Nie walczy... Lecz oddycha. Urocze, prawda? - Jamie się śmieje.
- Nawet bardzo. - nadeptuję mocno na dłoń kobiety, przez co krzyczy. - To żałosne, gdy krzyczysz z tą nadzieją, że ktoś cię uratuje. Niespodzianka! Nikt nie przyjdzie. Nawet John cię nie uratuje. Będziesz naszą wiadomością do niego. Niech wie, że prędzej czy później znajdę go, a on zaprowadzi mnie do odpowiednich ludzi, którzy też zginą.
- Kyle byłby z ciebie dumny. - mówi Jamie. - Ja aż sam się wzruszyłem.
- Kyle wraca jutro i pewnie będzie przechodził przez te rejony, więc zobaczy nasze dzieło. - odpowiadam i wyciągam kolejny nóż kunai.
Przejeżdżam kobiecie po ręce nożem, przez co tworzy się duża rana. Jamie podnosi ją dla mnie, dzięki czemu łatwiej mi poderżnąć jej gardło. Chłopak upuszcza jej zwłoki, a my idziemy. Ludzie wydają się być niewzruszeni tym co tu zaszło, mimo to ja dostrzegam, że zalała ich fala strachu. Dość szybkim krokiem przemierzamy przez miasto.
- Silver? - Jamie obejmuje mnie ramieniem. - Ostatnio za dużo myślisz... Co się dzieje?
- To się dzieje, że jesteśmy śledzeni. - patrzę mu w oczy.
- Śledzeni? Nie ubzdurałaś sobie czegoś? - dziwi się.
- W domu ci wytłumaczę. - mamroczę pod nosem.
Droga nie zajęła nam dzięki bogu zbyt dużo czasu. Konkretnie 20 minut, dzięki zaparkowanemu samochodowi za rogiem ulicy na której wydarzyło to wszystko. Pcham ciężkie stare drzwi i wchodzę na klatkę schodową. Jeszcze chwila, a cały budynek runie. Pokonuję kilkadziesiąt schodów i w końcu znajduję się na ostatnim piętrze, czyli 5. Kopię w drzwi, a one ustępują.
- Ah, dom, słodki dom... - wzdycham opadając ciężko na kanapę, ale coś mi w niej nie pasuje. - Gdzie jest moja stara kanapa?!
- Lol, czyli byłaś jednak aż tak pijana? - jęczy blondyn. - Przez ciebie będę musiał płacić grube hajsy Kyle'owi...
- Założyliście się? O co niby? O to jak zareaguję na nową kanapę? - pytam zdziwiona.
- Nie do końca. Zakładaliśmy się o to, kiedy włączy ci się tryb furii, po położeniu się na kanapie, czy przed. Ja obstawiałem, że przed, więc dawaj pieniądze mała, bo muszę zapłacić temu gejowi. - burczy wystawiając do mnie dłoń.
- Zrobiliście remont? Dlaczego? - pytam. - To mieszkanie i tak się za chwilę zdemoluje!
- Czyli jednak byłaś aż tak pijana... - mruczy. - Po ostatniej imprezie mieszkanie nie nadawało się do użytku, więc musieliśmy je wyremontować. Jesteś zła?
- Zabraliście moją ulubioną kanapę! Jak myślisz?! Jestem zła?! - wrzeszczę.
- Obejrzymy film? - pyta.
- Jasne. - szczerzę się.
Nie minęła chwila, a już leżę na Jamie'm i oglądamy jakiś durny film. Komedie romantyczne mnie wkurzają. Gdzie cierpienie? Gdzie krew? Gdzie trupy?! Facio poznaje jakąś laskę, bzykają się i nagle bum! Wielka miłość... Wkurza mnie takie coś...
- Myślisz, że kiedyś ja też się tak zakocham jak Nicole? - pytam, gdy nagle pojawiły się napisy.
- Chyba masz gorączkę... - mruczy.
- Pytam na poważnie! - jęczę. - Jestem zimną suką, jedynie co dobrze robię to morduję...
- Nie prawda! - odpowiada mi przyjaciel. - Kochanie, każdy jest zdolny do kochania kogoś! Spójrz na mnie i Kyle'a! Jesteśmy szczęśliwą parą gejów, którzy mordują bez poczucia winy.
- A gdyby ktoś kazałby ci zabić Kyle'a bez poczucia winy, zrobiłbyś to? Ja tak. Miłość nie istnieje...
- To jak wytłumaczysz mój związek z Kyle'm?
- Ruchanie to jedna z podstawowych czynności życiowych. Ty lubisz pieprzyć Kyle'a, a Kyle ciebie...
- Jesteś popieprzonym robotem do mordowania... Zabolało by cię, jakby ktoś zamordował na twoich oczach mnie czy Kyle'a?
- Pewnie tak... Ale otrząsnęłabym się z tego i zemściła.
- Włączmy następny film, bo już tobą rzygam.
Tym razem padło na jakąś komedię. Duże Dzieci są okay! Naprawdę, ten film jest jednym z niewielu, który potrafi mnie prawdziwie rozśmieszyć.
- Głoszę dobrą nowinę! - słyszymy krzyk i trzask drzwi.
- Jehowi mają zakaz wstępu! - krzyczy Jamie.
- Kyle! - drę się i omal się nie zabijając (i przy okazji Jamesa) biegnę potykając się o własne nogi do mojego drugiego geja. - Wróciłeś wcześniej!
- Wróciłem, bo mam dla was świetną wiadomość! - tuli mnie do siebie. - Ale najpierw jeść!
- Kyle nie! - wrzeszczę.
- Oj, no dobra, księżniczko... - Mruczy szatyn - Wyprowadzamy się do Londynu...
wtorek, 12 stycznia 2016
[1] Hey Satan look at me! I'm on a highway to hell!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz